Paryż 2010 Chez Jean

Z dzieckiem na ręku idę do sąsiadki zaproszona wraz ze starszym synem na naleśniki. Zapytana o życie w Paryżu,  pasje z wypiekami na twarzy zanurzam się w moim świecie. Opowiadam o kulinarnych fascynacjach, o ulubionych oliwkach z Nyons, o tym, że wolę dużo bardziej kawowy makaronik z  Laduree niż od mistrza Herme , o francuskich  szefach,  o tym, że w Bovidzie i Morze ( paryskich sklepach dla kucharzy) zostawiłam fortunę i że marzę o maszynie do lodów PacoJet… I tak aż do momentu, gdy Delphine  miękko mi przerwie i swoim delikatnym głosem jak niby nic powie, że razem z mężem są właścicielami restauracji, co prawda tylko z jedną gwiazdką, ale może chciałabym postażować… I że to żaden problem! Sans sousi. Nogi mi się ugięły.

I tak zaczyna się moja nieprawdopodobna przygoda. W za dużej bluzie i spodniach, które dostałam na czas stażu, w jasnych conversach, choć szybko dowiem się, że to nie są właściwe buty, z aparatem w ręku wkraczam do kuchni. Niezwykle uczucie, dreszcz,  który mi wówczas towarzyszył- bycie we właściwym miejscu- będzie powracał innych restauracjach, cukierniach, na stażach. Do dziś… Trochę się ze mnie podśmiewali, z tego aparatu, fotografowania wszystkiego, każdego nowego składnika na talerzu, ale na koniec wszyscy o te zdjęcia prosili;-)Do dziś pamiętam każdy detal każdego dania. Że cieniusieńkie plasterki Saint Jacques pokropione były oliwą, posypane błyszczącymi kulami pomarańczowego kawioru,  sojowymi diamentem i miniaturowymi kuleczkami citron caviar. Manuela, młodsza ode mnie o kilka lat, sous chef w Chez Jean, cierpliwie tłumaczyła i  z humorem pokazywała,  jak nie zostawiać linii papilarnych na talerzu, otworzyła dla mnie serce…To było to. Takie gotowanie, taka kuchnia, jakiej chciałam się uczyć. Haute Cuisine.

Mój mąż wtedy mówił: „Opisz to i wyślij do kobiecej prasy!” Co skwitowałam krótko: „A kogo to interesuje!” Dziś wielu…

IMG_5416[2]IMG_5491[1]IMG_5403[2]

IMG_5341[1]IMG_5321[1]IMG_5420[1]IMG_5485[2]IMG_5423[2]